Ogólne,  Patologiczny Optymista,  Polecane,  Styl życia

Stefan – Patologiczny Optymista: Początek

Od zawsze chciałem mieć psa, ale w rodzinie nie miałem sojuszników. Gdybyśmy głosowali, to wynik mógłby być tylko jeden: 1:4 na niekorzyść psa. Oczywiście argumenty można było uznać za przekonujące – „co piesek będzie robił, jak wszyscy pójdziemy do szkoły albo do pracy?”, „co zrobimy z pieskiem, jak przyjdą wakacje?”, „pies to nie tylko przyjemności, ale też obowiązki: trzeba go karmić, zajmować się nim, wyprowadzać na spacer – nawet w deszcz i trzaskający mróz”. Same trafne i rozsądne, ale uwagi te i tak nie miały wpływu na moje nastawienie do psów.

 

Nie było jednak tak, że cały czas wierciłem dziurę w brzuchu rzucając przy każdej okazji teksty w stylu „Weźmy psa!”, „Bez psa moje życie nie ma sensu!” czy „Z psem to by było życie!” Wiedziałem, że nie ma na to szans, więc uśpiłem to pragnienie i czekałem na sojusznika i odpowiedni moment. Sojusznika poznałem mając 22 lata, a na odpowiedni moment przyszło nam wspólnie poczekać jeszcze siedem lat. Z Kasią zdążyliśmy w tym czasie zamieszkać razem, wziąć ślub i ustalić, że pies musi być, koniec, kropka.

 

Kasia w dzieciństwie miała psa, Reksia. Niestety jej astma i alergia na jego sierść sprawiły, że pulmonolog, doktor L., postawił jej mamę przed wyborem – albo pies albo zdrowie pani córki. Reksiu trafił na wieś, a mama, paroletniej wtedy, Kasi długo nie powiedziała jej prawdy. Po odwiezieniu Reksia do znajomych na wsi, powiedziała Kasi, że piesek, który często chodził bez smyczy po całej Lubawce, gdzieś się zagubił. Przez kilka dni szukały psa, obie płacząc, a każda z innych powodów. Reksiu odnalazł na wsi szczęście i dobry dom, a po kilku latach, gdy trafił do Lubawki, wszedł do swojego starego domu, przywitał się z Kasią (która już wtedy wiedziała, jak było z tym zagubieniem i jakie były powody decyzji mamy) i po chwili skierował się do drzwi, wyraźnie pokazując, że chce do domu.

 

Czekaliśmy zatem na odpowiedni moment i nadszedł on trzy lata po naszym ślubie. Nasza znajoma lekarka, pani S., miłośniczka psów, która miała jamniczkę Zoję, podrzuciła nam do przeczytania książkę, która sprawiła, że odpowiedni moment nadszedł. „Marley i ja” Johna Grogana opowiada o Marley’u, nazywanym przez Grogana „najgorszym psem świata”. Nie należy jednak dać się temu zwieść, bo wcale nie uważał go za takiego najgorszego, a przy tym opisał życie z nim pod jednym dachem w taki sposób, że rasę naszego pierwszego wspólnego psa mieliśmy już wybraną od razu po skończeniu lektury. Bardzo lubiłem Zoję (chyba z wzajemnością, skoro każde powitanie odbywało się według ściśle określonego rytuału – gospodarze otwierają drzwi, mówię „dzień dobry” i jednocześnie słyszę wielkiej częstotliwości tupot małych nóżek odbijających się od kafli na podłodze, a po chwili Zoja leży mi pod nogami i czeka na zwyczajową porcję pieszczot powitalnych), ale wiedziałem, że my wybierzemy biszkoptowego labradora. Nie wiem, czy minęły nawet dwa miesiące, gdy pytanie J. na zawsze odmieniło nasze życie. J. to córka naszej księgowej, która podczas jednej z wizyt związanych z przekazaniem dokumentów zapytała:  „A nie chcecie labradora? Koleżance właśnie się urodziły. My byśmy chcieli, ale nie wiemy jeszcze na pewno. To jak? Chcecie?”

 

Chcieliśmy! Był początek maja 2007 roku. J. i jej mama ostatecznie się nie zdecydowały, ale my dostaliśmy numer do właścicieli Donny, która właśnie została psią mamą. Okazało się, że mieszkają w Szczawnie Zdroju, więc właściwie po drodze z Wrocławia, gdzie wtedy mieszkaliśmy, do Lubawki, gdzie mieszkali i mieszkają rodzice Kasi. Nic nie stało zatem na przeszkodzie, aby w piątkowe majowe popołudnie w drodze z Wrocławia do Lubawki nie zahaczyć o Szczawno Zdrój i potwierdzić telefoniczne ustalenia: wybraliśmy i zaklepaliśmy dla siebie biszkoptowego samca. Było to o tyle ciekawe, że z całego miotu był tylko jeden biszkoptowy samiec, więc jeszcze przed pierwszymi odwiedzinami wiedzieliśmy, którego psiaka zabierzemy ze sobą do domu za kilka tygodni. Ustaliliśmy, że za przechowanie naszego biszkoptowego labradora przez kilka pierwszych tygodni życia u jego mamy, zapłacimy 600 złotych. Dowiedzieliśmy się, że rodzicami były labradory, ale rodowodów nie miały, więc i nasz pies rodowodu mieć nie miał. Nie przeszkadzało nam to jednak zupełnie i cieszyliśmy się na pierwsze spotkanie z naszym psem.

 

Kiedy weszliśmy do mieszkania i właściciele wskazali nam drogę do psiego pokoju, naszym oczom ukazała się biało-czarno-brązowa gromadka przepychająca się do brzucha Donny – trafiliśmy na czas karmienia! Po posiłku maluchy rozbiegły się (no, to trochę za mocne określenie na nieporadne ruchy dwutygodniowych szczeniaków) po całym pokoju, a do nas natychmiast podleciała „Mała Czarna” – suczka, najmniejsza z całego miotu, ale najbardziej ciekawska i chętna do zabawy ze wszystkich. Po chwili leżała Kasi na butach, żując jednocześnie moje sznurówki.

 

A Stefan? Stefan nas totalnie olał. Zjadł (jako największy z miotu pewnie najwięcej, bo łatwo mu było się dopchać do cyca matki), rozejrzał się po pokoju i poczłapał do rogu pokoju na posłanie, gdzie natychmiast zasnął. W tym czasie „Mała Czarna” nie próżnowała. Od właścicieli dowiedzieliśmy się, że jeszcze nie mają na nią chętnego, więc najwyraźniej postanowiła wziąć sprawy w swoje łapki i znaleźć swoją panią i pana. Kasia zaczęła nawet trochę się łamać. – Może jednak powinniśmy się zastanowić? Ten nasz jest jakiś ospały, a ta tutaj ewidentnie nas polubiła -, ale dla mnie wybór był już podjęty i nie zamierzałem go zmieniać z żadnego powodu. W drodze do domu powiedziałem – Stefan, wie, że został wybrany i że nie musi się akurat w tej chwili starać i szukać potwierdzenia tego, co już zostało postanowione. Bierzemy Stefana i zmemłane sznurówki, jakkolwiek słodkie by to nie było, decyzji nie zmienią! Koniec, kropka. Jeszcze przed Wrocławiem Kasia przyznała mi rację i Stefan, który nawet nie wiedział, że jego i nasze wspólne życie na chwilę stanęło pod znakiem zapytania, mógł dalej spać spokojnie (jak to na pewno i tak robił).

 

W kolejnych tygodniach, w piątkowe popołudnia, po drodze do Lubawki zahaczaliśmy o Szczawno i nie mogliśmy się nadziwić, jak szybko psiaki rosną, nabierają ciała i chęci do zabawy. Stefan podchodził do nas, ale i tak był raczej wycofany, spokojny, a może nawet jakiś taki „spowolniony”. – Czekaj, dajmy mu trochę czasu, – mówiłem do Kasi wychodząc z kolejnych wizyt – na pewno przyzwyczai się do nas już w domu.

 

Z każdej kolejnej wizyty zabieraliśmy ze sobą małą szmatkę, którą wcześniej pocieraliśmy Stefanka. Trochę dziwne? Nie aż tak bardzo – nasze zachowanie da się łatwo wyjaśnić. Otóż z rodzicami Kasi w Lubawce już wtedy mieszkał, i mieszka do dziś, Barni – syn wilczurki i „nieznanego bohatera”. Początkowo wydawało się, że Barni będzie wilczurem i jedno zdjęcie w książce przedstawiające małe wilczury wyraźnie na to wskazywało, ale z czasem okazało się, że Barni wyrósł na silnego psa, który wziął to, co najlepsze z genów psów różnych ras. Jednym słowem: mieszaniec. Barni miał wtedy dwa lata, dużo siły, testosteronu i chęci przygwożdżenia do ziemi wszystkich psów w okolicy, a my mieliśmy obawy, że może nie spodobać mu się inny pies wchodzący do „jego” mieszkania i na „jego” terytorium. Będzie jeszcze wiele razy okazja, żeby wspomnieć o ich relacjach, ale Barni z miejsca zakochał się w Stefanie (z wzajemnością zresztą) i traktował go jak, wyglądającego zupełnie inaczej, psiego synka. Można zatem powiedzieć, że, natarta zapachem Stefana, szmatka zdała egzamin, chociaż myślę, że akurat w przypadku Barniego i Stefana nawet nie byłaby potrzebna. Polecam jednak tę metodę i w przyszłości zamierzam ponownie z niej skorzystać, jeśli będzie ku temu okazja.

 

Trzydziestego czerwca 2007 roku zrobiliśmy Stefanowi pierwsze zdjęcie, w parku przy naszym mieszkaniu na Kwiskiej we Wrocławiu. Wcześniej jakoś nie pomyśleliśmy o udokumentowaniu tak ważnych chwil, jak pierwsza wizyta u Stefana czy wspólne zdjęcie rodzinne Donny i jej pociech. Jednak kiedy już pomysł dokumentowania naszego wspólnego życia przyszedł nam w końcu do głowy, zabraliśmy się za jego wdrażanie w szybkim tempie. Uwiecznialiśmy wiele chwil, ale też wiele z nich zostało tylko zapamiętanych na tak niepewnym nośniku, jakim jest ludzka pamięć. Pamięć, która lubi płatać figle, wymazywać pewne rzeczy i modyfikować z czasem postrzeganie innych. Chcę przedstawić opowieść opartą o połączenie „twardych dowodów” zdjęciowych oraz subiektywnych wspomnień i wrażeń zgodnie z ich wersją z okresu ich spisania, czyli już po zakończeniu naszej wspólnej drogi przez życie ze Stefanem. Na pewno będą one inne, niż spisywane w formie dziennika po każdym dniu spędzonym razem lub osobno (bo i takie się przecież zdarzały). Na pewno byłyby inne, gdybym spisał je za 10 lat, ale na pewno każda z tych wersji byłaby pełna miłości do psa, który skradł nasze serca.

 

Przeglądając wszystkie zdjęcia Stefana i ze Stefanem związane zauważyłem pewną ciekawą prawidłowość: najwięcej zdjęć powstało na początku naszej „znajomości”, w pierwszych kilku tygodniach życia psiaka trzeba przecież uwiecznić wszystko – jak je, jak się bawi, jak śpi, jak rośnie… z czasem przyzwyczailiśmy się do tego, że Stefan jest z nami i uwiecznianie każdego dnia zeszło na dalszy plan, a potem stopniowo liczba zdjęć bardzo dorosłego już psa, stojącego na progu starości, zaczęła znów rosnąć. Widząc zmęczonego w czasie spaceru psa, który jeszcze nie tak dawno temu pokonywał tę samą, ustaloną, trasę, czekając aż trochę odpocznie i nabierze sił na powrót do domu, zaczynasz sobie uświadamiać, że dla psa czas biegnie znacznie szybciej, że i my w tym czasie dojrzewamy, starzejemy się i powoli też tracimy siły, ale pies przez całe życie działa jakby na „szybkim przewijaniu do przodu”. Kiedy nagle zdajesz sobie sprawę, że kiedyś nadejdzie dzień pożegnania, to nagle znowu ważnym staje się uchwycenie wielu charakterystycznych rzeczy, które w twojej opinii na to zasługują.

 

Każde przedstawione tu zdjęcie to historia, którą chcę opowiedzieć, ale może być również wstępem do innej historii, której z różnych powodów nie można przedstawić wychodząc od tych „twardych dowodów zdjęciowych”, a którą również chcę opowiedzieć.

 

To pierwsze zdjęcie zbyt wiele nie ukazuje. Czyżby? Poznajcie biszkoptowego malucha, z odchylonym ogonkiem (na razie jeszcze „ogonkiem”, ale potencjał dało się od razu zauważyć…), pachnącą nowością, skórzaną obróżką (wyprawka dla Stefanka była skompletowana i czekała na jego przybycie pewnie ze dwa tygodnie), z głównym narzędziem do poznawania świata, czyli nosem, wbitym w ziemię i eksplorującego nowy świat, do którego trafił. Były to jego pierwsze godziny poza całym światem, który do tej pory znał, czyli pokojem, w którym była jego mama i bracia i siostry. A tu nagle przyjechały „Człowieki” (jak w „Madagaskarze”) i zabrały go z tego świata, do innego, wielkiego i nieznanego. Czy zatem można się dziwić, że trzeba było wszystko dokładnie obwąchać, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy? No i co to w ogóle jest ta „trawa” i wiele innych rzeczy. Stefan z wielkim entuzjazmem zabrał się za poznawanie świata, a my mu w tym towarzyszyliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

wróć na RafalDlugosz.pl