Ogólne,  Polecane,  Styl życia

Dlaczego niderlandzki?

Jest rok 2001. Uściślając: 1 października 2001. Za kilka miesięcy zostanę magistrem filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Trzy miesiące wcześniej, po ukończeniu podyplomowych studiów tłumaczeniowych na tym samym uniwersytecie, przesłałem pismo do Katedry Filologii Niderlandzkiej z wnioskiem o przyjęcie mnie w poczet studentów Niderlandystyki. Zasadniczo, na początku XXI wieku (teraz jest pewnie inaczej), żeby zostać studentem na tym kierunku trzeba potwierdzić znajomość języka angielskiego lub niemieckiego zdając egzamin wstępny w jednym z tych języków. Egzamin ten jest dokładnie taki sam (i odbywa się w tym samym czasie), jak dla kandydatów na anglistów lub germanistów. Moja sytuacja była jednak nieco inna, bo studenci wydziału filologicznego, którzy osiągają dobre wyniki, mają możliwość rozpoczęcia studiów w ramach współpracy między poszczególnymi katedrami. Ale…

Z nieznanych powodów nie otrzymałem odpowiedzi na moje pismo, co mnie bardzo zaskoczyło. Nie doczekałem się odpowiedzi na mój wniosek. Postanowiłem zatem udać się osobiście do sekretariatu, żeby dowiedzieć się, co się stało z moim pismem. Nie wymagało to za wiele zachodu, bo niderlandystyka i anglistyka mają swoją siedzibę w tym samym budynku, przy Kuźniczej 22 we Wrocławiu. Ale…

Zanim wszedłem do środka (przygotowując się do zrobienia małej awanturki, co nie było proste, bo robienie awantur(ek) nie jest dla mnie czymś rutynowym), na tablicy ogłoszeń przy wejściu do sekretariatu zobaczyłem listę czterdziestu kilku osób przyjętych na I rok studiów na filologii niderlandzkiej. Właściwie to nie wiem, dlaczego postanowiłem spojrzeć na tę listę – wiedziałem przecież, że studiowanie niderlandystyki w tym roku nie będzie już możliwe. Ale…

Pewnie domyślasz się już, że tuż obok małej jedynki wyraźnie napisano „Rafał Długosz”. Nie pamiętam już, czy była to kolejność alfabetyczna czy chodziło o przepisanie mnie z innego kierunku, ale na pewno nie musiałem czytać całej listy do końca, skoro znalazłem to, czego (nie) szukałem! Domyślasz się też zatem, że nie wchodziłem już do sekretariatu, tylko poszedłem do wyznaczonej sali na spotkanie organizacyjne i zacząłem studia na drugim kierunku. Był 1 października 2001, nie spodziewałem się wtedy jeszcze, że był to jeden z tych dni, o których dopiero po latach wiemy, że stanowiły jeden z punktów zwrotnych w naszym życiu.

„Dlaczego niderlandzki?” – „Waarom Nederlands?” – to pytanie, od razu z tłumaczeniem na „mój nowy język”, usłyszałem ja i wszyscy moi nowi koledzy ze studiów, na początku wszystkich kolejnych ćwiczeń i wykładów. Było to również w tym czasie pytanie szczególnie często zadawane przez rodzinę i przyjaciół. No to właściwie „Dlaczego niderlandzki?”

Odpowiedzi z 2001 i 2018 roku nieco się różnią. Uściślając, mogę powiedzieć, że te z 2018 roku są po prostu rozszerzone. W 2001 roku miałem dość świeżo w pamięci wakacje rodzinne z 1998 roku, gdzie oprócz Niemiec, Szwajcarii, Luksemburga i Francji (przyjechaliśmy dzień po pamiętnym finale Mistrzostw Świata w piłce nożnej, w którym Francja rozbiła Brazylię 3:0, a ja meczu nie widziałem, bo nocowaliśmy w Antwerpii w Belgii w hotelu bez telewizora w pokoju…), odwiedziliśmy też Belgię i Holandię. Te dwa ostanie kraje bardzo przypadły mi do gustu (Belgia trochę mniej z uwagi na ten przegapiony finał 😉 ). Urzekła mnie szczególnie uporządkowana architektura Holandii, a zwłaszcza wszechobecny klinkier! Oprócz walorów klinkier ma również wielką zaletę praktyczną – kilka lat później widziałem dwa stojące obok siebie domy, wyglądające dość podobnie, których rok budowy różnił się o dokładnie 100 lat (1908 i 2008). Tej różnicy naprawdę nie było widać. Marzy mi się, żeby w Polsce klinkier był szerzej wykorzystywany. Jest co prawda droższy w zakupie i montażu, ale nie trzeba go po kilku latach odmalowywać i robić pełnego remontu elewacji. Jeśli dojdzie do poważnego zabrudzenia klinkieru, to myjka ciśnieniowa przywróci mu doskonały wygląd.

Podczas tych wakacji moi rodzice i ja zwróciliśmy też uwagę na wyjątkową uprzejmość Holendrów wobec obcych i powszechną znajomość angielskiego, niezależnie od wieku. Przez wiele lat wspominaliśmy około siedemdziesięcioletnią panią stojącą obok kościoła w Arnhem, która płynnym angielskim opowiadała nam o swojej wizycie w Polsce, a dokładnie: w Częstochowie, na Jasnej Górze. Kilka lat później, podczas mojego pobytu i pracy w Holandii w VWA – Voedsel- en Waren Autoriteit (Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności i Produktów Konsumenckich) w Eindhoven, jeden z moich holenderskich kolegów z pracy nagle zaczął opowiadać o generale Sosabowskim, który walczył właśnie w bitwie o Arnhem. Wróciły wtedy wspomnienia z tych wakacji, z tej rozmowy z panią w Arnhem, z wizyty na cmentarzu polskich żołnierzy pod Arnhem i wszystkich tych dobrych wrażeń. Pamiętam, że przez cały nasz kilkudniowy pobyt w Holandii w 1998 roku, tylko jeden człowiek (w garniturze i z aktówką), którego chciałem o coś zapytać, odpowiedział, że nie mówi po angielsku, ale jego „I don’t speak English” brzmiało tak, że podejrzewam, że po prostu bardzo się spieszył (rzeczywiście tak to wyglądało, bo prawie biegł, jak go zagadnąłem).

W 2001 roku, jako miłośnik piłki nożnej, nadal świetnie pamiętałem (i pamiętam do dziś) doskonały dla holenderskiej piłki nożnej rok 1988. Najpierw PSV Eindhoven wygrało po karnych Puchar Mistrzów (przekształcony kilka lat później w Ligę Mistrzów) z Benficą Lizbona, a chwilę później na boiskach w Niemczech ekipa Oranje (Pomarańczowi), jak Holendrzy nazywają swoją jedenastkę, w wielkim stylu zdobyła Mistrzostwo Europy. Szalał wtedy Marco Van Basten, a o sile zespołu stanowili Ruud Gullit, Frank Rijkaard i Ronald Koeman (w 2018 roku trener drużyny narodowej).

Kilka lat później, w 2008 roku, miałem okazję zobaczyć mecz Ligi Mistrzów na stadionie zespołu, z którego do Barcelony trafił wiele lat wcześniej Ronald Koeman. W ostatniej kolejce fazy grupowej PSV Eindhoven nie miało już szans na awans do kolejnej rundy, ale mecz z Liverpoolem mógł jeszcze dać Holendrom przepustkę do Ligi Europy. Nie dał, bo Anglicy łatwo wygrali, ale atmosferę tego meczu pamiętam do dziś (Jarku, dzięki!). Pamiętam też, że mimo kiepskiej, grudniowej pogody i temperatury w granicach zera stopni, mogliśmy spokojnie zdjąć kurtki, bo w stronę trybun skierowane były wielkie dmuchawy wyrzucające masy ciepłego powietrza w kierunku kibiców oglądających mecz na stadionie. Czegoś takiego nie widziałem nigdzie indziej. A na przykład na meczu Lecha z Juventusem w 2010 roku taki system bardzo by się przydał, bo było -15 stopni i, pomimo kalesonów (czyli już wtedy byłem naprawdę dorosły – założyłem kalesony z własnej woli 😉 ) i dwóch par spodni, trudno było delektować się grą).

W 2001 roku nie mogłem wiedzieć, że po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej tak wielu Polaków zechce odkupić od Holendrów i Belgów ich kilku(nasto)letnie samochody, co wiąże się z koniecznością wykonania tłumaczeń dokumentów niezbędnych przy rejestracji pojazdu w Polsce. Nie mogłem też wiedzieć, że Polki i Polacy tak chętnie zmienią swoje miejsce zamieszkania i wyemigrują do różnych krajów „starej Unii”, często jednak utrzymując silne więzi z ojczyzną. Więzi te wymają również załatwiania wielu spraw urzędowych (akty urodzenia, małżeństwa, zgonu), sądowych (wyroki i postanowienia sądów) i finansowych (pożyczki i kredyty bankowe, potwierdzenia zatrudnienia, umowy o pracę, specyfikacje wynagrodzenia, czyli paski wypłat (salarisspecificatie). Polacy mówią na nie „salarisy” albo, nieco błędnie, „solarisy”).

Konieczne jest również tłumaczenie dokumentacji medycznych, instrukcji obsługi i wielu innych rzeczy, na których nie bardzo się znam. Nie można jednak znać się na wszystkim, więc czasami współpracuję z kolegami, którzy na danym temacie znają się lepiej ode mnie, a czasami muszę spasować i nie podejmę się zlecenia spoza moich dziedzin.

W 2001 roku nie mogłem też wiedzieć, że tyle firm z Holandii i z Belgii podejmie decyzję o utworzeniu w Polsce spółek zależnych, których dokumentacja musi być przełożona na język polski. Firmy takie, podobnie jak te, które zatrudniają Polaków pracujących w Belgii i Holandii, muszą również przetłumaczyć procedury obowiązujące w pracy, regulaminy pracownicze, regulaminy zakwaterowania, umowy udostępnienia zakwaterowania i sto innych rzeczy.

„Dlaczego niderlandzki?” – pytałem sam siebie, zastanawiając się, czy kolejnych kilka lat studiów to „najlepszy pomysł”. A może lepiej zabrać się za „dorosłe życie” i zająć się pracą / prowadzeniem firmy na sto procent? Z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że to był „najlepszy pomysł”… a przynajmniej bardzo dobry!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

wróć na RafalDlugosz.pl