||

Futbol, futbol, futbol, przeżyjmy to jeszcze raz – cz. IV

Niby futbol, a jednak… siatkówka

W poprzednim odcinku zakończyłem moją opowieść o piłce nożnej na siatkówce… ale nie tym sporcie, w którym Polacy są potęgą, tylko… na oderwanej w prawym oku siatkówce i grożącej mi utracie wzroku w jednym oku. Brzmi groźnie? Bo było groźnie.

W opowieści o „moim futbolu” historia o oderwanej siatkówce nie jest najważniejsza, ale jednak bardzo ważna i dlatego nakreślę tutaj kontekst tego, co się w tej historii wydarzyło:

Był rok 2005, dopiero pięć lat później, 11 czerwca 2010 roku, inny sportowiec, piłkarz ręczny Karol Bielecki doznał w meczu towarzyskim z Chorwacją wypadku, którego konsekwencją była utrata oka. Pewnie gdyby kolejność wydarzeń była odwrotna, to nie byłbym taki spokojny, ale wtedy nie miałem zatem powodów do paniki. Nie wydarzyło się nic nagłego. Oko mnie wcześniej nie pobolewało. Nic się nie działa. Wszystko było w najlepszym porządku.

I nagle, po prostu siedząc po południu na krześle w Kamiennej Górze u nas w firmie coś się wydarzyło. W pierwszej chwili miałem takie uczucie, jakbym zanurzył głowę na basenie i woda dostała mi się do oka. Prawym okiem widziałem jak pod wodą. Lekko potarłem i to uczucie ustąpiło… ale zastąpiło je inne: mniej więcej jedną czwartą pola widzenia w prawym oku zasnuła taka jakby błona. Całkowicie nieprzezroczysta.

Pocieranie nie pomogło. Trochę strach był… Wróciliśmy wieczorem do Wrocławia i pojechaliśmy na ostry dyżur, do nieistniejącego już szpitala na nieistniejącym już Placu 1 maja. Zamiast szpitala są tam teraz nowe domy mieszkalne, a plac zamiast 1 maja nazywa się Placem Jana  Pawła II. Wspominam o tym, bo sam się dziwię, jak wiele się zmieniło od tego czasu. W końcu to już prawie 20 lat minęło od tych wydarzeń.

Na dyżur pojechałem oczywiście z Kasią i trafiliśmy na młodą panią doktor, która bardzo się przejęła. Zaczęła robić różne badania, w tym USG oka. Dało nam to do myślenia, że chyba to jakaś grubsza sprawa i „na kropelkach się nie skończy”.

Pani doktor po pewnym czasie zaprosiła nas do gabinetu z poważną miną. Była wyraźnie zdenerwowana, więc i nam się to udzieliło. Powiedziała – ma pan odwarstwioną siatkówkę. Musimy szybko przeprowadzić operację jej przyłożenia… – po czym zniżyła głos i niemal bezgłośnie dodała – tylko, że ja nigdy tego nie robiłam i o ile pan się nie wypisze na własne żądanie, to musimy zacząć przygotowywać salę do operacji.

Co byście zrobili w takiej sytuacji? My z Kasią nie zastanawialiśmy się długo. Spojrzeliśmy na siebie, po czym głośno i wyraźnie powiedziałem – Odmawiam przeprowadzenia operacji, proszę o przygotowanie dokumentów z badania i opisu.

Pani doktor podziękowała, przygotowała dokumenty, a my też podziękowaliśmy i wyszliśmy. Zapewne prawdopodobieństwo, że Pani to przeczyta jest nikłe, ale, Pani Doktor, dziękuję za szczerość! Bardzo to doceniam, a z perspektywy czasu myślę czasami o możliwych alternatywnych scenariuszach i moja wdzięczność rośnie!

Te wydarzenia wpłynęły zresztą na moje podejście do potencjalnych zleceń tłumaczeniowych w dziedzinach, na których się nie znam. I ja, podobnie jak pani doktor z dyżuru, mówię wtedy Klientom: „Lepiej poszukać trochę dłużej, niż podjąć się zadania, które na dziś może mnie przerosnąć. Zapewne jest ktoś, dla kogo tego typu zadanie to chleb powszedni”.

Po wyjściu z gabinetu zaczęliśmy analizować możliwe rozwiązania. Uznaliśmy, że spróbujemy w Spektrum, czyli renomowanej prywatnej klinice okulistycznej. I tu, kolejny raz w tej historii, szczęście mi dopisało: akurat na kolejny dzień zwolniło się jedno miejsce na wizytę u pani dyrektor kliniki, prof. Jolanty Oficjalskiej-Młyńczak. Kiedy weszliśmy do gabinetu od razu poczuliśmy, że jestem w dobrych rękach.

– Owszem, sprawa jest poważna, ale nie beznadziejna. Będzie dobrze. A co pan robi w życiu, oczy się przydadzą? ????

– Raczej się przydadzą, kończę studia i tłumaczę.

– A co pan studiuje i co pan tłumaczy?

– Niderlandystykę i tłumaczę dokumenty z Holandii i Belgii.

– No, co za zbieg okoliczności! Moja córka, Kasia, też studiuje niderlandystykę!

No i wtedy mi się otworzyły oczy (żarcik językowy o oczach zamierzony – w końcu i na anglistyce i na niderlandystyce pisałem prace magisterskie właśnie z humoru językowego). Przecież Kasia Młyńczak to moja koleżanka z roku!

Potem okazało się, że „jest pewna komplikacja”, bo „dziś nie ma sali zabiegowej”, a dużo dłużej nie możemy czekać, więc „musi pan jednak pojechać do szpitala”. Tak się właśnie stało i trafiłem pod opiekę doktora (a obecnie profesora) Radosława Kaczmarka.

Operacja się udała! Znowu widziałem, bez ograniczeń pola widzenia, choć bez okularów noszonych na stałe się nie obeszło. Przez pierwsze miesiące musiałem się oczywiście mocno oszczędzać. Nawet podnoszenie torby za zakupami było trochę ryzykowne.

Mając dużo wolnego czasu analizowałem, co mogło wpłynąć na to odwarstwienie siatkówki. Urazu żadnego nie pamiętałem, palca do oka nikt mi (chyba) nie włożył. Podczas jednej z wizyt kontrolnych doktor Kaczmarek stwierdził, że mogła być po prostu osłabiona i że to „taka cecha osobnicza”. Nawet, jak powiedział, „dla bezpieczeństwa strzelę panu laserem po siatkówce w drugim oku, żeby ją wzmocnić”. Było to w 2008 roku, na kilka dni przed planowanym przeze mnie wyjazdem na kilka miesięcy do Holandii.

Od operacji minęło zatem już kilka ładnych lat, a mnie coraz bardziej po głowie krążyło jedno pytanie. Podczas tej samej wizyty w końcu zebrałem się na odwagę (odpowiedzi „trochę” się bałem):

– Panie doktorze, czy możliwa jest jakaś aktywność fizyczna po takiej operacji jak moja? Bo przyznaję, że trochę mi tego brakuje.

–  No, wie pan. Wyobraźmy sobie sytuację, że kategorycznie zakażę panu wszelkiego ruchu, bo „jest duże ryzyko ponownego odwarstwienia”. No i z okiem będzie w porządku, ale za to wchodząc po schodach na drugie piętro dostanie pan zawału… I czyja to będzie wina? Moja, bo zakazałem ruchu, żeby chronić siatkówkę. Pewnie, ryzyko odwarstwienia jest, ale jeśli pan chce, to ja nie zabraniam.

No i tego mi było trzeba! To właśnie chciałem usłyszeć. Była to furtka do tego, żeby powoli zacząć znów się ruszać. A trzeba Wam wiedzieć, że tuż przed wyjazdem do Holandii gdybyście zobaczyli mnie przechodzącego ulicą i mieli mnie opisać, to najpewniej opis ten brzmiałby „taki okrąglutki pyzatek” albo coś w ten deseń ????! Poważnie, to był ostatni moment do zawrócenia z drogi do otyłości (ważyłem wtedy już ponad 80 kg, a nawet bliżej mi było do osiemdziesięciu pięciu, niż do osiemdziesięciu).

Za to wszystko chcę raz jeszcze głośno i wyraźnie podziękować: – Pani doktor z pierwszego dyżuru, Pani Jolanto, Kasiu, Panie Radosławie – DZIĘKUJĘ!

Holandia, Kasia: „idź grać” i pożegnanie

We wrześniu 2008 roku ruszyłem zatem do Holandii, gdzie zamieszkałem z moim przyjacielem jeszcze z czasów studiowania na niderlandystyce – Jarkiem Skowrońskim. Mój plan był taki, że zostanę na kilka (konkretnie: sześć) miesięcy, w czasie których będę pracował z Holendrami, żeby „się rozgadać” po niderlandzku (czułem, że same studia w Polsce to ciut mało) i jednocześnie zajmę się formalnościami związanymi z uzyskaniem uprawnień tłumacza przysięgłego języka niderlandzkiego, angielskiego i polskiego.

Okazało się, że plany planami, a życie życiem. Formalności nie można było zacząć załatwiać, bo nowa ustawa o tłumaczach przysięgłych w Holandii została wstrzymana i dopiero za kilka miesięcy miała wejść w życie, a z pracą też za różowo nie było. Owszem, może i coś by się znalazło, ale nie spełniało podstawowego założenia: pracy z Holendrami i z użyciem języka niderlandzkiego przy pracy.

Minął miesiąc, potem kolejne dwa tygodnie. I nic. Szukanie, rozmowy, piętrzące się kłopoty administracyjne. Kiedy kilka miesięcy później (już pracując, ale o tym za moment) spotkałem się z Nigelem, moim kontrahentem, Anglikiem mieszkającym w Holandii od wielu lat i prowadzącym tam biuro tłumaczeń, to rozmowa zeszła na to „błędne koło” początków obcokrajowców w Holandii.

Nigel stwierdził (a ja się z nim zgodziłem), że w Holandii na przyjeżdżających do tego kraju ludzi patrzy się przez pryzmat tego, jak poradzą sobie z trudnościami. Holendrzy jako naród musieli często stawiać czoła wodzie i wielu przeciwnościom ze strony sił natury. Holenderskie przysłowie mówi wręcz, że „Bóg stworzył świat, ale Holandię stworzyli Holendrzy”. No i właśnie ci Holendrzy z otwartymi rękami witają przybyszów, który poradzą sobie z trudnościami. Teraz są to bardziej trudności administracyjne. To błędne koło wygląda tak:

– nie możesz zacząć pracować, jeśli nie masz Numeru  Obsługi Obywatela BSN

– nie możesz dostać Numeru  Obsługi Obywatela BSN, jeśli nie masz umowy najmu mieszkania

– nie możesz podpisać umowy najmu mieszkania, jeśli nie masz umowy o pracę.

Ostatecznie, przy odpowiednio dużej cierpliwości i  wytrwałości, na któryś z tych warunków ktoś przymyka oko i pozostałe już idą z górki, ale trochę „zabawy” z tym jest. No, chyba że przyjeżdżasz do Holandii z ramienia biura pośrednictwa pracy, które ogarnia te formalności. W moim przypadku to nie wchodziło w grę, więc szukałem długi i cierpliwie (choć frustracja rosła i pojawiły się myśli, że to „nie do przejścia”).

Wychodziłem jednak z założenia, że statystyka zwycięży i odpowiednio duża liczba spotkań i wizyt w różnych miejscach w poszukiwaniu pracy przyniesie efekt. I tak się stało! Za pośrednictwem holenderskiego biura pośrednictwa pracy umówiłem się na rozmowę w Voedsel- en Waren Autoriteit (VWA, obecnie działa pod zmienioną nazwą Nederlandse Voedsel- en Waren Autoriteit – NVWA). Jest to odpowiednik naszego Sanepidu, ale idąc na rozmowę nie wiedziałem w ogóle, jakie miałyby być moje obowiązki w tej instytucji. Mając sporo czasu do spotkania przeczytałem całą stronę internetową i kilka artykułów w internecie, w których pojawiały się wzmianki o VWA. Pomogło! Wplecione do rozmowy fakty i ciekawostki o firmie, w której pracowali przeprowadzający rozmowę Holendrzy dobrze wpłynęły na nasz kontakt. A kiedy na pytanie: „Kiedy możesz zacząć?” odpowiedziałem „W sumie to od razu, tylko musiałbym wysłać smsa do żony, bo czeka na wieści”, widziałem, że „mamy to!”.

Holendrzy się cieszyli (po paru tygodniach powiedzieli, że bardzo potrzebowali pomocy „na już” i jak zobaczyli, jak szybko napisałem smsa, to wiedzieli, że sobie poradzę z pracą do wykonania), ja się cieszyłem, Kasia się cieszyła. No i Jarek chyba też się cieszył. Jarek? ????

Zacząłem zatem od razu. Moim zadaniem było kontrolowanie holenderskich weterynarzy pod kątem prowadzonej przez nich administracji w zakresie dokumentów potwierdzających eksport mięsa i żywych zwierząt do wszystkich krajów świata. Holendrzy przyjeżdżali do nas do biura albo my jechaliśmy do nich. Kontrole przebiegały w miłej atmosferze, oprócz pracy zawsze znalazł się czas na filiżankę kawy (cappuccino dla mnie) i luźną rozmowę. Dopiero po paru dniach dowiedziałem się, że weterynarzom holenderski Sanepid płacił za czas kontroli. Wyobrażacie sobie? Przychodzą Was skontrolować i jeszcze macie za to zapłacone?

Praca była intensywna, bo okazało się, że VWA dostało od ministerstwa bardzo krótki czas na przeprowadzenie kontroli, więc moja szefowa Adrie twierdziła, że „spadłem jej z nieba”, bo się wyrobiliśmy. Ja z kolei twierdziłem, że to Adrie razem z całym VWA „spadło mi z nieba”, bo dokładnie takiej pracy potrzebowałem (nawiasem mówiąc to była do dziś moja jedyna praca etatowa w życiu!). W takiej oto symbiozie sobie pracowaliśmy, więc zawodowo wszystko się pięknie ułożyło.

Wielkimi krokami zbliżał się dzień wejścia w życie nowej ustawy o tłumaczach przysięgłych. Weszła w życie 1 stycznia 2009 roku. Dacie wiarę, że poprzednia ustawa o tłumaczach przysięgłych obowiązywała od 6 maja 1878 roku?! To się nazywa stałość prawa!

Miałem zatem co jeść, miałem załatwione potrzeby mieszkaniowe i zawodowe, czyli potrzeby niższego rzędu według Maslowa. Mogłem zatem zacząć myśleć nad kolejnymi.

No i wreszcie dochodzimy powoli do piłki nożnej! Wśród moich nowych znajomych z pracy nie było zbyt wielu „sportowców”. Poza tym, nie nawiązaliśmy nie wiadomo jakich przyjacielskich relacji. Bardziej byliśmy kolegami z pracy i „po robocie” każdy szedł w swoją stronę.

Za to u Jarka było zupełnie inaczej – towarzystwo międzynarodowe. Najbliżsi przyjaciele Jarka: Brazylijczyk Jean-Sebastian i Francuz Babacar przyjechali do Holandii w tym samym momencie, co my, ale znali tylko angielski. Spędzaliśmy razem dużo czasu popołudniami, gadając o wszystkim i o niczym po angielsku. Okazało się zatem, że nie tylko mam okazję pogadać po niderlandzku, ale też i po angielsku.

Któregoś razu okazało się, że ich firma – De Lage Landen (DLL), największe towarzystwo leasingowe w Holandii – organizuje dla swoich pracowników dostęp do hali sportowej raz w tygodniu, bo w „zdrowym ciele zdrowy duch” i nie chce, żeby jej pracownicy chorowali z powodu siedzącego trybu życia.

Chłopaki mówią do mnie: „Dawaj, wpiszemy też ciebie na listę jako pracownika i pogramy w halówkę”. Gadam wieczorem z Kasią, która mówi bez zastanowienia „Idź grać!”. Wcześniej też trochę się bała, że jadę za granicę, że coś się może stać itp. Miałem wtedy wrażenie, że chyba wtedy zapomniała na chwilę o tej nieszczęsnej siatkówce, a że ja już bardzo chciałem grać (i przy okazji spotykać się z moimi nowymi przyjaciółmi), to nie drążyłem, ani nie „rozkminiałem” dłużej tematu, tylko dałem Jarkowi znać, że dokładam się do wpisowego i gramy!

Po czterech latach przerwy wróciłem do gry! Oczywiście amatorskiej i z „pewną taką nieśmiałością” wynikającą z obawy, czy siatkówka wytrzyma. Z każdym tygodniem było jednak coraz lepiej. A przy okazji miałem też okazję używać niderlandzkiego i angielskiego w nowych sytuacjach – do tej pory jednak grałem tylko po polsku. Gra na hali różni się od boiska, ale czułem, że znów oddycham pełną piersią.

Po kilku tygodniach regularnego grania wiedziałem, że siatkówka trzymała się jak nowa, a z „okrąglutkiego pyzatka” zeszło powietrze (i parę kilogramów – uściślając: jakieś dziesięć!), więc można powiedzieć: wróciłem do (piłkarskiego) życia! Tak prezentowaliśmy się w firmowych koszulkach DLL:

Jarek w dolnym rzędzie po prawej, obok Babacar, a nad nim Jean-Sebastian. Ja w dolnym rzędzie po lewej, gdyby ktoś nie poznawał.

Skoro wszystko tak dobrze się układało, to czas zaczął pędzić do przodu. Już nie wlókł się niemiłosiernie, jak na początku pobytu w Holandii. W pracy kontrola weterynarzy zakończyła się sukcesem, więc projekt, do którego zostałem zatrudniony dobiegł końca. Adrie zaproponowała, że znajdzie nowe zadania dla mnie i żebym został na stałe. Ustaliliśmy jednak już wcześniej z Kasią, że jednak mój pobyt w Holandii jest tymczasowy, że nie wyjedziemy z Polski razem na stałe i że czas wracać, bo już mocno za sobą tęsknimy, a jednocześnie oboje musieliśmy nauczyć się żyć bez siebie. Podziękowałem Adrie za propozycję, ale jednak zdecydowałem, że wracam do Polski. Zwłaszcza, że formalności dotyczące uprawnień tłumacza zostały przeprowadzone i pozostało tylko czekać na decyzję. A czekać można było równie dobrze w Polsce. Nie było bowiem wiadomo, ile czasu potrzeba na wydanie decyzji.

Ostatniego marca 2009 pożegnałem się z moimi kolegami z biura VWA – holenderski Sanepid wspominam bardzo ciepło – a także z Jarkiem, Jeanem-Sebastianem, Babacarem i całą resztą poznanych w Eindhoven ludzi. Podczas imprezy pożegnalnej dostałem nadzwyczaj trafiony prezent: koszulkę PSV Eindhoven. Skoro wyjeżdżałem, to koszulka była strojem wyjazdowym (w profesjonalnych drużynach przygotowane są komplety na mecze „domowe” i „wyjazdowe”. Biała, z kołnierzykiem w biało-czerwone pasy z czarną nazwą sponsora, firmy Philips, która ma swoją siedzibę właśnie w Eindhoven. Mega prezent! Koszulkę mam do dziś, choć ma już swoje lata ????.

Wracając jeszcze do PSV Eindhoven: 9 grudnia 2008 Holendrzy podejmowali na Philips Stadion FC Liverpool w ostatniej kolejce Ligi Mistrzów i mieli jeszcze szansę na zajęcie trzeciego miejsca dającego prawo do gry w Pucharze UEFA na wiosnę. Najlepsze w tym wszystkim było to, że razem z Jarkiem widzieliśmy ten mecz z trybun! Okazało się bowiem, że firma Jarka DLL jako jeden z głównych (obok Philipsa) sponsorów PSV dysponowała pulą biletów dla swoich pracowników, za opłatą 50 EUR, ale sam fakt, że można było je kupić był sam w sobie wyjątkowy: trybuny Philips Stadion są zwykle zapełnione po brzegi i bilety nie są dostępne w wolnej sprzedaży (szczególnie na mecze Ligi Mistrzów).

Był to do dziś jedyny mecz Ligi Mistrzów, który miałem możliwość zobaczyć na żywo. Na zewnątrz minus pięć stopni (w końcu to grudzień), przed wejściami tłumy, a wchodzisz na trybuny i czujesz przyjemne ciepło dzięki wielkim dmuchawom skierowanym w stronę trybun. Rozpinasz kurtkę, słuchasz na żywo „kaszanki” (jak można usłyszeć w hymnie LM zamiast „the champions”). Czego chcieć więcej? Może wygranej gospodarzy, ale Holendrzy przegrali jednak 1:3 i odpadli z pucharów w tamtym sezonie.

Tak jak zakończyła się przygoda PSV Eindhoven z Ligą Mistrzów, tak moja przygoda z Eindhoven dobiegła również końca. Czas było wracać do domu. Pożegnałem Babacara i Jeana-Sebastiana. Czas spędzony w ich towarzystwie wspominam bardzo dobrze. Wsiadając do samochodu na Hoogstraat przy numerze 123a w Eindhoven powiedziałem Jarkowi, że w ciągu tych 6 miesięcy wspólnego mieszkania z nim stał dla mnie jak brat, którego nie mam. Siostry, owszem, tak! Ale brata to nie miałem, a już mam!

Nie miałem jednak chyba okazji, że podziękować Jarkowi, Babacarowi i Jeanowi-Sebastianowi za to, że dzięki nim wróciłem do gry.

I za to wszystko chcę raz jeszcze głośno i wyraźnie podziękować:

– Jarku, Babacarze, Jeanie-Sebastianie – DZIĘKUJĘ!

Grzesiek Potoniec, Orlik, Euro 2012, propozycja powrotu od Seweryna – jak? Człowieku, ja mam 35 lat?!

Po powrocie do Polski okazało się, że jest plan wyjazdu z Wrocławia i przenosin do Lubawki (tuż przy granicy z Czechami), skąd pochodzi Kasia. W oczekiwaniu na decyzję z Holandii w sprawie uprawnień tłumacza przysięgłego zajmowałem się tłumaczeniami, do czego potrzebowałem tylko komputera i internetu. Kasia zaś zaczęła przygotowania do otwarcia (razem ze wspólnikami: jej mamą i panem Wieśkiem) Grubej Łychy restauracji w Lubawce. Musiała zatem być na miejscu, a ja mogłem pracować z każdego miejsca, dokąd dociera internet. Przenieśliśmy się zatem do Lubawki. Chwilę później nadszedł wielki dzień! A właściwie jeden z dwóch wielkich dni w tej samej sprawie: 18 sierpnia 2009 holenderskie Biuro Tłumaczy Przysięgłych wysłało pismo z decyzją o uwzględnieniu mojego wniosku o wpisanie mnie na listę tłumaczy przysięgłych języka angielskiego, a 22 marca 2010 roku również na listę tłumaczy przysięgłych języka niderlandzkiego. Znowu trochę to trwało, ale jest! W podobnym czasie została otwarta Gruba Łycha. Najlepiej podsumowała to moja siostra Dorota ofiarując nam taki oto prezent (wiszący do dziś na ścianie w każdym miejscu, w którym aktualnie mieszkamy – a było ich kilka na przestrzeni ostatnich lat).

I znów powtórzyła się trochę sytuacja z Holandii: z załatwionymi sprawami największej potrzeby zacząłem rozglądać się za możliwościami gry w piłkę. Nie znałem nikogo w Lubawce, więc nie było to tak proste. Nie na darmo mówi się jednak, że gdy ktoś jest na coś gotowy, to wszechświat pomoże.

Oto okazało się, że Grzesiek Potoniec, z którym Kasia tworzyła plany restauracji Gruba Łycha (a uściślając to Grzesiek tworzył słuchając wizji Kasi) gra amatorsko w piłkę na nowo otwartym (przez Euro 2012) Orliku. I owszem, szukają zawodników, bo lepiej mieć więcej i robić zmiany, niż latać po boisku po trzech w drużynie (tak by się nawet nie dało).

W ten oto sposób miałem okazję zagrać pierwszy raz na sztucznej, orlikowej, murawie. Poznałem przy tym różnych ludzi, z różnych środowisk, których połączyła chęć biegania za piłką, a nie tylko oglądania piłki.

Z Grześkiem zresztą obejrzeliśmy kawałem piłki na najwyższym poziomie – okazało się bowiem, że podczas Euro 2012 w Polsce we Wrocławiu odbywał się mecz Czechy-Grecja, na które Grzesiek miał dwa bilety. Niestety jego tato nie mógł pojechać, więc zapytał mnie, czy chcę z nim pojechać do Wrocławia na mecz Euro. Chciałem!

Grzesiek, DZIĘKI!

Zobaczyliśmy więc mecz na żywo, a potem odwiedziliśmy Dorotę i wspólnie obejrzeliśmy remis Polski z Rosją, po zjawiskowej bramce Błaszczykowskiego. Niestety Euro dla polskiej reprezentacji skończyło się za szybko, bo już po rundzie grupowej, a my mogliśmy na spokojnie powrócić do grania na orliku.

Na zimę przenieśliśmy się na halę, więc znowu przez cały rok miałem kontakt z piłką. Oczywiście czasy regularnego grania miałem już dawno za sobą, więc traktowałem to jako formę utrzymania jako takiej kondycji i poruszania się. Co więcej, nadszedł taki moment, że zauważyłem wyraźny spadek szybkości. Kiedyś byłem raczej z tych szybkich, niż z tych wytrzymałych. A tu po trzydziestce okazało się, że nogi nie chcą nieść już tak szybko, jak kiedyś.

Czy zdołałem to przezwyciężyć? Połowicznie: zwiększenie częstotliwości meczów do dwóch w tygodniu na pewno pomogło. Ale bardzo pomogło też zdanie sobie sprawy z ograniczeń, na które nie do końca mamy wpływ – po prostu musiałem zaakceptować upływ czasu i poszukać innych atutów, skoro szybkość powoli przestawała nim być.

W pracy sprawy nabierały rozpędu: Kasia chwilę wcześniej zaproponowała, żebym pogadał z Rafałem Glinkiewiczem, z który pracowała w Grubej Łyżce, a znałem go z Orlika. Chodziło jego transfer (używając terminologii piłkarskiej) z restauracji do biura tłumaczeń. Szybko znaleźliśmy wspólny język, podobnie jak chwilę później z Łukaszem Łukasikiem, Mateuszem Majką i Heńkiem Furmankiem. Ze wszystkimi miałem kontakt właśnie na Orliku. Pracujemy razem z sukcesami do dziś, a Rafał, Łukasz i Heniek dalej grają – tyle że już nie na Orliku, ale o tym za chwilę. Miałem jeszcze przez te lata dwóch współpracowników, ale nie graliśmy razem i zabrakło chemii – te współprace zakończyły się już dawno temu, a z Chłopakami graliśmy przez wiele lat, ze sobą, a raz to nawet przeciwko sobie, ale o tym też za chwilę.

Rafał, Łukasz, Mateusz, Heniek – DZIĘKI!

Gram sobie zatem na Orliku raz-dwa razy w tygodniu. Jest miło, jest przyjaźnie, forma rośnie, dzięki regularności, nie wszystko się zapomniało, pomimo wielu lat. Jednym słowem: jest dobrze! Jakby tego było mało, po jednym z udanych meczów orlikowych zagaduje mnie kolega Seweryn: słuchaj, widzę, że forma jest. Chciałbyś dołączyć do Czarnych Przedwojów. Gramy w A‑klasie i szukamy ludzi do wzmocnienia składu?

Zaskoczył mnie, nie brałem tego pod uwagę, ale powiedziałem, że odpowiem w następnym tygodniu. Jak tylko przyszedłem na następne granie, to od razu pyta:
– No i jak? Decyzja jest? – Zaśmiałem się – No jest, ale chyba nie taka, na jaką czekasz… Myślałem cały weekend i wyszło mi, że ten pociąg już odjechał. Wiesz, mam już trzydzieści pięć lat, to trochę za dużo na takie regularne granie (jakże dziś się z tej argumentacji śmieję…). Bo gdybym się zdecydował, to podchodziłbym do tego na full. A to jednak zabiera weekend i nie mam takiego przekonania. Pamiętam, dlaczego skończyłem granie ligowe paręnaście lat temu nie chcę próbować wchodzić do tej samej rzeki. –

Seweryn powiedział, że rozumie i dziękuje za otwarte postawienie sprawy. Graliśmy sobie dalej na pełnym luzie, ale oczywiście każdy mecz traktując „śmiertelnie” poważnie.

No właśnie „śmiertelnie” – tym razem bez cudzysłowu: śmiertelnie… Im dłużej żyjemy, tym bardziej zwiększa się prawdopodobieństwo, że odejdą nasi najbliżsi. Pierwszą taką stratą była śmierć Wujka Mariana w 1997 roku – mojego wiernego kibica, tak przy okazji. Potem w 2008 roku zabrakło Taty. Na taką kolej rzeczy można być w jakiś sposób przygotowanym (choć nie jest łatwo), ale śmierć mojej Siostry Doroty w 2014 roku była czymś kompletnie niewytłumaczalnym. Zachorowała i zmarła mając 47 lat. Czyli tylko rok więcej, niż ja dziś…

Możecie sobie pomyśleć: „Ej, miało być o piłce nożnej, a tu takie rzeczy. Co to ma być? Gdzie tu futbolowa historia? Jako to ma związek z tematem???”. Wbrew pozorom ma, i to duży. Teraz będzie już szybko.

Po śmierci Doroty długo rozmawialiśmy z Kasią o tym, co się stało. To były wielogodzinne dyskusje, których wniosek był taki: jeśli chcesz coś robić, to nie czekaj. Może się bowiem okazać, że nie masz już czasu. Powiedz też bliskim, jak ważni są dla ciebie.

Kasiu, kocham Cię! Mamo, kocham Cię! Siostro Aniu, kocham Cię! I wszyscy bliscy: Was też kocham!

Podczas jednej z tych Kasia powiedziała mi, że zawsze chciała tańczyć. Powiedziałem wtedy: No to już! Zrób to! I zrobiła.

A ja jakieś dwa miesiące później zrozumiałem, że przecież ja zawsze chciałem grać w piłkę. I dlaczego przestałem? Z powodu jakichś błahostek. Trzeba było to zmienić!

Akurat organizowano turniej, a właściwie ligę halową w Kamiennej Górze. Zmontowaliśmy ekipę, którą nazwaliśmy „Pół na Pół”, bo była to prawdziwa mieszkanka rutyny z młodością. Mecze były bardzo emocjonujące i rozgrywki zakończyliśmy na czwartym miejscu, bo w powszechnej opinii było sporą niespodzianką. Postawiliśmy twarde warunki klubom, które wystawiały swoje drużyny, a licznie zgromadzeni na trybunach kibice doceniali, że nasze mecze niosły ze sobą sporą dawkę emocji.

SAMSUNG CSC

Turniej się skończył, a ja chciałem więcej.

chwilę później pytanie do Ernesta Góreckiego, info od Trenera Rafała Jawora i pierwszy trening – 4 osoby.

Na następnym graniu pytam zatem Ernesta Góreckiego, z którym graliśmy razem od wielu lat na Orliku i chwilę wcześniej w Pół na Pół i świetnie rozumieliśmy się na boisku – Słuchaj, jak tam u was ze składem w Lesku? Macie ludzi. – Lesk Sędzisław to nazwa grającego wtedy w A-klasie klubu z Sędzisławia w gminie Marciszów. Lesk to mała rzeka, dopływ Bobru o długości nieco ponad 23,5 km. Ernest mówi – zapytam Rafała Jawora, naszego trenera i dam znać. Zapytał i dał znać, że owszem, mogę przyjść, ale na żadne ulgowe traktowanie nie mam co liczyć. Jak się wykażę, to będę grać. No i to mi pasowało!

Treningi raz w tygodniu, więc razem z Orlikiem i potem meczem w niedzielę robi się już całkiem, całkiem – trzy razy w tygodniu kontakt z piłką. Przychodzę na pierwszy trening. Frekwencja taka, powiedziałbym, umiarkowana. Jest Marcin Gromala, kapitan. Przemek Homoncik, strzelec wyborowy, który właśnie niedługo wyjeżdża do pracy i młody, wybiegany Damian Dulak.  No i ja. Trenera Rafała nie było, bo coś mu nagle wypadło. Nie było zatem okazji się pokazać, a zostałem już zarejestrowany i w niedzielę gramy!

pierwszy mecz – wejście na minutę wygrana 5:2 z KS Łomnica

Przed pierwszym meczem nie mam wątpliwości, że raczej nie zagram za długo (o ile w ogóle) – nic dziwnego, wpuszczanie nowego zawodnika, który prawie nikogo nie zna, to duże ryzyko. Oglądam zatem mecz z ławki rezerwowych i idzie nam bardzo dobrze. Jest 5:2 i kiedy już wiadomo, że nic złego nie może się nam stać Trener Rafał Jawor decyduje się na zmianę. Wchodzę w 89. minucie i zaliczam debiut w kolejnym klubie, po naprawdę wielu, wielu latach przerwy.

pierwszy mecz cały, bo kontuzja Konrada.

W następnym tygodniu jest już normalny trening, a w piątek dowiaduję się, że jeden kolega (nawet go wtedy nie znałem, bo go nie było) miał jakiś wypadek w pracy i nie będzie grać. Mam zatem wyjść od początku!

4:0, słupek, dobry występ, asysta. W miarę na spokojnie zostajemy w A klasie.
Gramy na wyjeździe z Czarnymi Przedwojów, gdzie dwa lata wcześniej niemal trafiłem. Idzie nam świetnie, mi też. Mam asystę przy golu, trafiam w słupek i ogólnie przedstawiam się całkiem dobrze! Lesk wygrywa 4:0 i jest to najwyższe zwycięstwo w tym sezonie. Niestety kolejne trzy mecze przegrywamy, strzelam Piastowi Bolków gola na początku meczu. Niestety jak zasłyszałem w jednym odcinków 8. Ligi Mistrzów: „wykorzystane sytuacje lubią się mścić” i tracimy 8 bramek, przegrywając 1:8. Jest to już koniec sezonu, bo w ostatniej kolejce wygrywamy walkowerem i na kolejne mecze ligowe trzeba zaczekać do sierpnia. Utrzymujemy się w miarę na spokojnie i z optymizmem patrzymy na kolejny sezon.

euro 2016

Poprzedni sezon skończył się szybciej, bo zaczynało się Euro 2016. I tam emocji było sporo – to nadal najlepszy turniej Polaków w XXI wieku, ale to temat na inną opowieść.

sezon w A-klasie słaby

Mistrzostwa się skończyły, a my zaczęliśmy ligę. Szło nam umiarkowanie, delikatnie mówiąc. Rundę skończyliśmy na ostatnim miejscu i szykowaliśmy się na twardą walkę do samego końca o utrzymanie. W końcu nie od dziś stara piłkarska prawda mówi, że łatwiej się utrzymać niż awansować…

pół na pół druga edycja

W przerwie zimowej ruszyła druga edycja ligi halowej w Kamiennej Górze. Ponownie wzięliśmy w niej udział pod szyldem „Pół na Pół”. Tym razem o sukcesie nie można mówić. Od początku nie szło nam za dobrze, a styczniowy mecz z drużyną z Krzeszowa miał niestety wielki wpływ na moje dalsze piłkarskie losy. A zaczęło się niewinnie, od nowych butów…

Moje stare buty „miały się ku końcowi”. Uznałem, że w nowych będzie mi się znacznie lepiej grało. Nie przewidziałem jednego: zmiany stylu i sposobu gry w związku ze zmianą obuwia. W starych, wyślizganych butach czułem się czasami trochę tak, jakbym grał mecz w tenisa – mogłem robić takie kontrolowane ślizgi, żeby dojść do piłki i trzeba było tylko pilnować, żeby nogi nie rozjechały się za bardzo.

Tymczasem nowe buty były jakby przeciwieństwem starych w kontekście ich przyczepności. Być może gdyby pierwsze użycie butów miało miejsce na treningu i podczas luźnej gierki, to byłoby inaczej. Niestety dla mnie zrobiłem inaczej: założyłem nowe buty od razu na mecz. A na meczu wiadomo, jak to na meczu: emocje, grasz na maksa i nie zwracasz uwagi na okoliczności. Myślałem, że ślizgnę się po piłkę, a tymczasem but zahamował gwałtownie, nie byłem na to przygotowany i kolano wygięło się ponad jego normalny zakres.

W przeciwieństwie do siatkówki w oku, gdzie nic nie bolało, tutaj wiedziałem, że nie jest dobrze. Nie spodziewałem się tylko, że aż tak niedobrze. Po chwili trochę się rozruszałem i dokończyłem mecz w bramce (nie mieliśmy ludzi kompletnie). Liczyłem, że kontuzja się zaleczy, ale jednak nie…

kolano, rehabilitacja, strata rundy

Okazało się, że mam zerwane więzadła krzyżowe przednie i przedarte obie łąkotki. Znów, podobnie, jak z siatkówką, trafiłem na wielkiego specjalistę. Docent Tomasz Piontek z kliniki Rehasport w Poznaniu powiedział tak: – ja swoją robotę zrobię dobrze, ale do sukcesu potrzebny jest udział obu stron. Ja robię operację, a pan rehabilitację.

O tym jak przebiegała rehabilitacja za chwilę.

spadek z ligi, mój ostatni raz w a klasie – tylko z ławki i jako liniowy.

Runda wiosenna nie przyniosła magicznej odmiany. Beze mnie na boisku (byłem na wszystkich meczach, ale tylko w charakterze kibica wspierając kolegów z drużyny) nie byliśmy w stanie utrzymać się i już na kilka kolejek przed końcem było wiadomo, że nasza obecność w A-klasie kończy się po dwóch sezonach.

pierwsza runda beze mnie, dalej kolano.

Wróciliśmy zatem do B-klasy, a ja dalej się rehabilitowałem. Aż w końcu się doczekałem! 20 lutego 2018 napisałem tak:

Kolano

Dwa słowa z opinii lekarskiej: „Zakończono leczenie”…

Kiedy w styczniu na meczu kolano wygięło mi się w nienaturalny sposób, nie wyglądało to dobrze, ale miałem jeszcze nadzieję, że nie stało się nic bardzo poważnego. Okazało się jednak, że raczej się stało – zerwane więzadło krzyżowe przednie i uszkodzone obie łąkotki w prawym kolanie.

10 kwietnia 2017 docent Tomasz Piontek z Rehasport Clinic przeprowadził operację, która była początkiem długiej i żmudnej drogi. Doktor powiedział wtedy „Ja zrobię dobrze swoją robotę, ale pan też ma robotę do wykonania – bez rehabilitacji efektów nie będzie”… Skoro doktor już się ze swojej roboty wywiązał, to przyszedł czas, żebym i ja się wywiązał!

Żebym mógł zobaczyć te dwa słowa, potrzebny był cały proces. Nie stało się to dlatego, że dziś rano się obudziłem, pomyślałem, „a, pójdę sobie na wizytę” i pyk, gotowe „Zakończono leczenie”…

Było trochę inaczej:

Od 10 kwietnia 2017 do 20 lutego 2018 minęło 10 miesięcy i 10 dni. Momentami nie było łatwo, ale dzięki wsparciu wielu ludzi zdołałem spełnić złożoną sobie (i nie tylko sobie) obietnicę, że „wrócę silniejszy!”. Udało się – wyniki przeprowadzonych dziś specjalnych testów właśnie to potwierdziły 

A teraz chwila, jak z rozdania Oscarów (hłe, hłe):Dziękuję Katarzyna Długosz za wsparcie i cierpliwość;

dziękuję całej Rodzinie za troskę;

dziękuję panu doktorowi Tomaszowi Piontkowi z Rehasport Clinic z Poznania za profesjonalizm, podejście i szczerość;

dziękuję Mateuszowi Makulikowi i Alkowi Kuczy z BMK Centrum Rehabilitacji z Wrocławia za przeprowadzenie mojej rehabilitacji w sposób, który zakończył się pełnym sukcesem;

dziękuję Chłopakom z roboty za przejęcie części moich zadań w czasie, kiedy było nadzwyczaj potrzebne;

dziękuję wszystkim z Lesk Sędzisław za czekanie na mnie – mam nadzieję, że niebawem okaże się, że było warto  ;

no i dziękuję wszystkim, którzy dopingowali mnie przez cały ten czas.

To dzięki Wam wszystkim wyżej wymienionym mogę teraz przeczytać: „Stan po leczeniu operacyjnym rekonstrukcji więzadła krzyżowego przedniego – ZAKOŃCZONO LECZENIE”!

DZIĘKUJĘ!

Jeszcze tylko jedno: ćwiczenia i wzmacnianie mięśni nie kończą się dzisiaj – ćwiczę dalej!

-druga runda, dojście Przemka i jego zdziwienie, że 20 ludzi i brak koszulek.

W sparringach przed rundą wchodziłem na kilka minut o powoli wracałem do gry. Wielu znajomych pytało mnie, czy będę nosił opaskę na kolano, jaką ortezę czy coś. No i czy nie mam urazu psychicznego? Na oba te pytania odpowiadałem przecząco – w końcu docent Piontek powiedział, że więzadło się trzyma i niczego dodatkowego nie trzeba.

Mogłem znów wrócić na boisko! Ustaliliśmy, że w pierwszym meczu przeciwko Husarii Grzędy zacznę od początku i będziemy obserwować, czy wszystko jest w porządku. Zagrałem pierwszą połowę i zszedłem. Mieliśmy na ten mecz pełną kadrę – wręcz nadmiarową. Pamiętam jak dziś, jak nasz nowy nabytek Przemek Rachwalski opowiadał potem, że jak zobaczył, że nie dla wszystkich wystarczy koszulek, bo jest ponad 20 osób, to pomyślał „gdzie ja trafiłem?”. Nie wiedział wtedy jeszcze, że takie mecze zdarzają się wyjątkowo rzadko.

mecze w dziesięciu, mecze z emocjami

Zdarzały się również mecze, gdzie zaczynaliśmy albo kończyliśmy w niepełnym składzie (i nie chodzi tu o czerwoną kartkę). Cóż, taka to specyfika ligi. Czasami i tak się zdarza.

Bywały mecze bez historii, gdy jedna lub druga drużyna odbiegała poziomem (na plus albo na minus). Ale bywały też i takie jak choćby ten z 23 maja 2020 roku przeciwko Uranowi Okrzeszyn. Graliśmy u siebie, byliśmy faworytami, a jednak nie wygraliśmy…

Było tak: 0:1, za chwilę 0:2, potem w 35 minucie łapiemy kontakt i jest już tylko 1:2. Potem 40 i 44 minuta i jest już nagle 1:3 i 1:4. Jeszcze w 45 minucie strzelamy na 2:4. Emocjonująco? Nie wiecie, co było w drugiej połowie! W 68 minucie łapiemy kontakt i jest już tylko 3:4. W 80. minucie jest 4:4. Idziemy za ciosem? Nic z tych rzeczy: w 87 minucie przegrywamy już 4:5, ale w 90 wyrównujemy i jest 5:5. Na tym mecz się kończy. Emocje były naprawdę spore. Bramkarz gości zobaczył czerwoną kartkę, było nerwowo. Najlepiej ilustruje to ten zrzut ekranu z profilu na FB Lesku:

Ławka od czasu do czasu. Brak napinki, treningi od czasu do czasu.

Na przestrzeni tych lat bywały momenty, że nie zawsze zaczynałem mecz na boisku, w pierwszym składzie. Bywało tak, że wchodziłem z ławki, bywało też tak, że schodziłem w przerwie albo niedługo później. Nie traktowałem tego jak ujmy na honorze, ale oczywiście nie byłem jakoś wniebowzięty. Za każdym razem starałem się pokazać na treningu i w kolejnym meczu, że jednak powinienem grać! Niedawno miała miejsce premiera filmu Kuba na Amazonie o, a jakże, Jakubie Błaszczykowskim. Jest tam jeden fragment wywiadu z Juergenem Kloppem, w którym Klopp opowiada, jak Kuba reagował na rywalizację z Mario Goetze o miejsce w składzie. Powiedział mu: „Jeśli myślisz, że on cię wygryzie ze składu, to tak właśnie będzie, a jeśli myślisz, że nie oddasz miejsca w składzie, to tak właśnie będzie!” Ja się tego nauczyłem dawno temu. Pozostawiam tę wypowiedź Kloppa pod rozwagę młodszym zawodnikom, bardzo się przydaje w dążeniu do celu (w tym wypadku do wielu owocnych minut na boisku, ale nie tylko w tym kontekście ta myśl się sprawdza).

CzadrówGol Jest na YouTube taki kanał: CzadrówGol. Prowadzi go jeden z miłośników Victorii Czadrów. To on uwiecznił bramkę Kazimierza Stochmala, który w momencie jej zdobycia miał 61 lat. Gol jest tutaj:

Pierwotnie film ten miał znacznie więcej wyświetleń, wręcz robił furorę na YT, ale z jakiegoś powodu wiele filmów zniknęło z youtube’a, a niektóre pojawiły się ponownie z wyzerowanymi licznikami.

Jeden z filmów użytkownika CzadrówGol to dla mnie prawdziwa gratka:

30.08.2020  graliśmy u siebie właśnie z Victorią Czadrów. Było 4:1 skrót meczu tutaj.

wszedłem w 60 minucie i strzeliłem „hawaja” na 4:1, ale sędziowie zapisali w protokole meczowym, że bramkę strzelił mój kolega z drużyny Kamil Bartków – trudno, co zrobić ????. Użytkownik CzadrówGol słynie w okręgu jeleniogórskim ze swoich niepowtarzalnych komentarzy. Jeden z nich dotyczy mojej bramki na 4:1 z ostatniej minuty. Powiedział: „ale celował, ale celował, widać było, że celował.” Zresztą, zobaczcie to sami, bo bramka, uważam, wyjątkowa – cieszę się, że została uwieczniona!

W kolejnych latach było stabilnie

Graliśmy w B-klasie plasując się górnej części tabeli, ale o awansie nie było mowy. Tabele wyglądały tak:

covidowy sezon, biegi w lesie, orlikowe spuchnięcie kolana. Lekarz od kolana i od siatkówki po strzale Ernesta prosto w oko.

Sezon 2019/2020 przeszedł do historii wcale nie dlatego, że po rundzie jesiennej byliśmy na drugim miejscu ustępując tylko Bobrowi Marciszów, z którym w derbach gminy zremisowaliśmy na wyjeździe 2:2. Okazało się bowiem, że runda wiosenna nie odbyła się z przyczyn, o których na końcu rundy jesiennej nawet w najbardziej szalonych prognozach, jak się skończy sezon, byśmy nie pomyśleli. Nie tylko nie można było wyjść na boiska, ale nawet wychodzenie do lasu stanowiło złamanie „prawa”. Dałem „prawo” jednak w cudzysłów, bo okazało się, że nie miało to jednak umocowania prawnego i zakazy wstępu do lasu zostały stosunkowo szybko wycofane. Z powrotem na boiska nie było tak różowo. Liga została odwołana, a ja jeździłem do tego lasu z piłką pobiegać chociaż trochę za piłką (za bieganiem bez piłki nie przepadam).

Ligi nie było, ale po kilku miesiącach otwarto orliki. Wróciliśmy głodni gry, ale powrót do gry skończył się tak, że musiałem wybrać się do docenta Piontka, bo bez żadnych dodatkowych wydarzeń, po prostu po graniu, kolano nabrało płynu i spuchło.

Docent Piontek powiedział, że z więzadłami jest wszystko ok, prawdopodobnie przerwa (nawet mimo biegania po lesie) sprawiła, że doszło do przeciążenia. Po kilku dniach przerwy wszystko wróciło do normy.

Z kolei z siatkówką też raz byłem u profesora Kaczmarka: dostałem piłką dokładnie w samo oko, gdyby się celowało, to nie ma szans tak trafić. Kontrola niczego niepokojącego nie wykazała, widać, że dobrą robotę zrobili moi operatorzy!

przeprowadzka do Wrocławia i dalsza gra z dojeżdżaniem.

We wrześniu 2020 roku przeprowadziliśmy się do Wrocławia. Gruba Łycha była już od wielu lat zamknięta, więc Kasi nic już w Lubawce nie trzymało. Ja miałem dojeżdżać do biura i na mecze. Jeśli chodzi o treningi, to starałem się układać plan dnia tak, żeby jechać do Lubawki w dzień treningu i po pracy zostawać na trening. Bywało z tym różnie, bo frekwencja na treningach w Lesku czasami pozostawiała nieco do życzenia. Nie mówiąc o tym, że treningi praktycznie kończyły się w połowie września, bo bez oświetlenia popołudniowych treningów po prostu się nie przeprowadzi…

Przypadkowy telefon od Trenera Marka Jasińskiego. Michał dołącza i gra. Sławek dołącza i trenuje.

Siedzę sobie w domu we Wrocławiu, jest chwilę po 22.00. Dzwoni telefon. „Marek Jasiński”. Odbieram zaniepokojony, bo słyszeliśmy się pewnie gdzieś w okolicach świątecznych. Może coś się stało? – myślę. Nic się nie stało. Trener, u którego grałem wiele lat temu chciał o coś zapytać i zadzwonił po prostu. Pogadaliśmy i od słowa do słowa wyszło, że ja nie chcę przechodzić do Sołtysowic, które Trener prowadzi, bo w Lesku mi dobrze, a Trener nie ma nic przeciwko temu, żebym przychodził na treningi, a grał w Sędzisławiu. Wytrawny zawodnik! Wie, co to zasada małych kroczków. W tym czasie do drużyny dołączyli Michał Szczepaniak i Sławek Żywiecki, z którymi znamy się ze sto lat 😉

Sołtysowice dziękują za współpracę.

Kilka tygodni później okazuje się, że po wielu latach Sołtysowice chcą spróbować czegoś nowego i nie przedłużają umowy z Trenerem Jasińskim.

-Zgłasza się Dąb Pruszowice. Negocjacje, kiedy przejść. Ustalam, że od wiosny.

Z mojego nowego miejsca zamieszkania do Pruszowic mam 4 kilometry. Nigdy wcześniej nie miałem tak blisko na trening / mecz. Trener dopytuje: to co przechodzisz? – Trenerze, na razie nie.  – Ale co będziesz tyle jeździł? Tu masz 4 kilometry, a tam 124… – Trochę racji ma. A jednocześnie po tylu latach w Lesku ciężko odchodzić. Ustalam z Trenerem, że tę rundę zagram w Sędzisławiu, a od następnej przejdę do Pruszowic.

Sylwek pyta przed Karkonoszami, co się dzieje.

Nie zdążyłem dobrze wysiąść z samochodu, a jak zawsze czujny nasz szef ds. organizacyjnych Sylwester Krzywniak pyta: Co tam? Przechodzisz? Jest też Kierownik Waldemar Krzywniak, brak Sylwia, więc od razu przechodzimy do sedna sprawy. Dzięki temu nie musiałem czekać na „właściwy moment”. Wyjaśniamy temat i ustalamy, że przez rundę jesienną Rafał Jawor i kapitan Marcin Gromala, coraz częściej pełniący obowiązki grającego trenera będą mieli czas na znalezienie zastępstwa i będę powoli wychodził z drużyny. Ostatecznie gram dużo i w większości meczów bez zmian. Zdobyczy bramkowych nie ma, aż do ostatniego meczu. O tym jednak za chwilę, bo przecież rozmowa z Sylwkiem odbyła się tuż przed meczem z drugą drużyną Karkonoszy Jelenia Góra.

przegrana najwyższa w karierze. 0:20 z Karkonoszami.

Okoliczności przed meczem są takie, że my wygraliśmy pierwszy mecz z Auxilią Janiszów 11:0 (w tym meczu nie grałem z powodu wyjazdu), a Karkonosze II Jelenia Góra przegrały z Amfibolitem Leszczyniec. Jeleniogórzanie podrażnieni porażką drugiej drużyny w debiucie mocno zmobilizowali się na mecz drugiej kolejki z nami. Na pewno nasza wygrana zrobiła wrażenie. Na mecz z nami do składu drugiej drużyny trafiło około pięciu-sześciu zawodników pierwszej drużyny – grającej wtedy w trzeciej lidze.

Jeśli kiedyś zastanawialiście się, jaka byłaby różnica poziomów w meczu drużyny B-klasowej z liderem ekstraklasy albo innym Bayernem czy reprezentacją Polski, to ten mecz pokazał, że, cóż, spora.

Skoro mocno zmotywowani piłkarze grający cztery ligi wyżej wygrali 20:0, to różnica poziomów jest naprawdę znacząca.

tydzień później

Każdy mecz zaczyna się od 0:0. Tak też było tydzień po tym druzgocącym meczu. Przyjęliśmy Potok Karpniki, z którym zawsze grało nam się niewygodnie. Jak się skończyło? Gładkim 4:0 dla nas! Pewnie, taka przegrana zostaje w pamięci, ale to podniesienie się było warte uwagi. Kończąc temat Karkonoszy w B-klasie: wygrali 23 mecze, przegrali 3, w tym jeden walkowerem. Stosunek bramek na koniec ligi: 220:25.

A jak Lesk na wiosnę u siebie z Karkonoszami? Przegrał 0:3, więc nie było dramatu.

A tymczasem my po wygranej z Karpnikami wygraliśmy na wyjeździe z Uranem Okrzeszyn 1:0 i u siebie 3:2 z silnym Orłem Lubawka i przyszedł czas na wyjazd do Pisarzowic do lidera, który w pierwszych pięciu kolejkach nie stracił żadnej bramki, a rywalom załadował ich aż czterdzieści cześć!

Kwarc Pisarzowice

Kiedy stało się jasne, że ta runda to taki mój Last Dance – Ostatni Taniec w Lesku dałem znać moim współpracownikom, że szykuje się, być może ostatnia szansa, na zagranie meczu ligowego wspólnie. Do tej pory jakoś się mijaliśmy i poza orlikami nie graliśmy nigdy w przeciwnych drużynach. Heniek prowadzi Kwarc Pisarzowice, Łukasz jest kapitanem, a Rafał był w Kwarcu zawodnikiem, ale wtedy z powodów rodzinnych mógł być na meczach rzadko. Wszyscy trzej  zagrali. Kwarc miał przewagę, atakował, ale nadziewał się na nasze kontry. Zrobiło się 0:2 i gospodarze mogli dziwić się, ile szczęścia w jednym meczu może mieć Lesk.

W doliczonym czasie Kwarc dopiął swego i strzelił bramkę kontaktową.

Po przerwie znowu Marcin Gromala po raz drugi trafił i zrobiło się 1:3. Kolejna bramka kontaktowa na 2:3 nie wystarczyła. W tym meczu naprawdę mieliśmy masę szczęścia. Nawet rzut karny nie wystarczył do pokonania naszego Damiana Gumulaka!

Panowie, dzięki za ten mecz – był epicki. Kibice też dopisali, a w rewanżu na wiosnę w Sędzisławiu (już beze mnie) Lesk przegrał u siebie gładko 1:4. Czasami są takie dni, jak ten 26 września 2021.

treningi w Pruszowicach i dokończenie rundy

A my? Dokończyliśmy rundę przegrywając jeszcze jeden mecz z Bolko Bolków 1:2. To był ciekawy projekt, bo grali tam młodzi chłopcy, którzy jeszcze jako juniorzy uczyli się seniorskiej piłki do starszych przeciwników. Niestety kiedy pokończyli 18 lat, to drużyna się rozpadła. A przyjemnie było patrzeć, jak coraz mniej im brakowało, aż wreszcie wygrali. Zaczęło się od naszej wygranej 5:2 w 2019 roku, dla mnie skończyło na 1:2, na wiosnę było już 7:1 dla Bolko. Szkoda, że czegoś zabrakło, bo zniknęli z mapy okręgu jeleniogórskiego.

-pożegnalny mecz. Gol, gol po spalonym. 98 spotkań (w pierwszym w tej rundzie nie byłem z powodu wyjazdu i miało być 99, ale w przedostatniej kolejce Husaria Grzędy zrezygnowała z gry i oddała walkowera, więc skończyło się na 98 meczach).

Pożegnalny mecz zagrałem na „dziewiątce”, czyli na środku ataku. Bilans? Bramka (pierwsza i jedyna w całej rundzie), bramka, po której sędzia odgwizdał spalonego (do dziś uważam, że nie było!) i poprzeczka. Całkiem dobrze. Aż przyszła 55 minuta meczu i zszedłem z boiska w barwach Lesku po raz ostatni, a zastąpił mnie Daniel Kielar, jedna z legend Lesku:

pożegnania gwiazd reprezentacji

-Kiedy oglądam pożegnania gwiazd reprezentacji, to uważam, że moje było również epickie!  

Pięć dni po mnie z reprezentacją pożegnał się Łukasz Piszczek: 19 listopada 2019

(od 3 minuty) Polska Słowenia 3:2

Niemal dwa lata później Łukasz Fabiański: 9 października 2021:

A trzy i pół roku później Kuba Błaszczykowski: 16 czerwca 2023

Polska Niemcy 1:0 A pół roku po mnie na pożegnanie sezonu przyszedł czas na jeszcze jedno pożegnanie:

Daniel Kielar, który wcześniej rozegrał wiele meczów w barwach Victorii Czadrów miał swoje pożegnanie. Nagrał je niezastąpiony CzadrówGol:

– 7:2 skrót

 – Czadrów gol 11.06.2022 – rewanż odbył się też w Sędzisławiu (poprzedni mecz u nas to było zakończenie moje), bo Daniel grał kiedyś w Victorii i drużyny ustaliły, że w sobotę w Sędzisławiu będą dobre warunki do pożegnania zawodnika, który dał się zapamiętać kibicom obu klubów.  

impreza pożegnalna, koszulka, dobre wspomnienia.

Dwa tygodnie po moim ostatnim meczu odbyła się jeszcze impreza pożegnalna. Emocje były, żal odchodzić, ale zabrałem ze sobą same dobre wspomnienia i… koszulkę Lesku z moim ulubionym numerem 11 na plecach i podpisem „Rafał”. Mam ją do dziś. Często w niej trenuję – dzięki temu wszyscy pamiętają, jak mam na imię!

Lesk Sędzisław: DZIĘKI! Trudno wymienić wszystkich, żeby kogoś przez przypadek / pomyłkę nie pominąć. Wrzucam zatem zdjęcie, a nieobecnych na nim również serdecznie pozdrawiam! Czułem się jak w domu!

mecz towarzyski 14.04.2024 w Szymanowie

Kiedy się żegnaliśmy, to umówiliśmy się, że zorganizujemy spotkanie towarzyskie. Byłem potem na paru meczach Lesku, ale jakoś się „nie składało”. Zdążyłem zmienić drużynę (o tym w piątym odcinku cyklu) i można było się zastanawiać, czy w ogóle dojdzie do tego spotkania. Ale daliśmy radę! Akurat w drugiej kolejce Lesk miał zaplanowaną pauzę z powodu nieparzystej liczby drużyn w lidze, a Silesii pauza wypadła z powodu wycofania się po rundzie jesiennej ostatniej w tabeli Malinki Malin. I akurat na kilka tygodni przed tym meczem rozmawiałem z Marcinem Gromalą w dniu jego urodzin. I akurat obaj uznaliśmy to za świetny pomysł, a zawodnicy i kierownictwo obu drużyn „weszli w to”. Wynik akurat tego meczu nie będzie najważniejszy, choć jak znam życie i jedni i drudzy będą walczyć o zwycięstwo. A to wszystko tuż przed kolejnym pożegnaniem kolejnego zasłużonego zawodnika Lesku Sędzisław – Marcina Gromali. Ta runda to dla Marcina jego Last Dance-Ostatni Taniec.

Marcin, bądź spokojny! W Lesku wiedzą, jak się żegna Zawodników! ⚽️

Na koniec wszystkie moje rozegrane spotkania w barwach Lesku:

Bramki w sezonach:
2015/16 – 1 gol

2016/17 – 3 gole

2017/18 – 3 gole

2018/19 – 8 goli (po powrocie po kontuzji więzadeł)

2019/20 – 1 gol (+ jeden nieprawidłowo zapisany w protokole meczowym 😉 )

2020/21 – 4 gole

2021/22 – 1 gol

Podobne wpisy

4 komentarze

  1. Swoistego rodzaju pamiętnik nietuzinkowego piłkarza⚽️ „siatkówka”, zerwane więzadła, cztery lata przerwy, wywiad z Juergenem Kloppem, walka ze słabościami, no i ten mecz 0:20. Znam Rafała, na szczęście nerwy ma na wodzy????. Ciekawe historie no i liczby. Szacun Mistrzu????????????

  2. Wojownik z Ciebie! Miło przeszkód, grasz dalej i cieszysz się każdą minutą na boisku. Trochę rozumiem, bo sam mam podobnie. Dzięki za każde spotkanie na boisku i poza nim! Skrupulatnie do tego podszedłeś, bo zapamiętane liczby i daty robią wrażenie. Ale znam Cię od wielu lat i wiem, że dla Ciebie to normalka. Szacun za to! Liczę, że jeszcze będzie nam dane w przyszłości wymienić kilka podań i stworzyć zabójczy kontratak 😉

    1. Dzięki 🙂 No jasne, że zagramy! W końcu to dopiero “moja pierwsza połowa”! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *